Podczas gdy na przełomie lat 60. i 70. w Zawierciu jak grzyby po deszczu rosły nowe bloki, huta i zakłady przemysłowe rozrastały się do potężnych rozmiarów, a mieszkańcy cieszyli się z nowego wiaduktu i przejścia podziemnego, setki kilometrów na północ rodziła się historia, która miała połączyć tożsamość naszego rdzennie lądowego miasta z bezkresem światowych oceanów. Choć dziś mało kto o tym pamięta, przez ponad dwie dekady po najniebezpieczniejszych wodach globu dumnie pływał motorowiec noszący na burcie imię „Zawiercie”. Był chlubą Polskich Linii Oceanicznych (PLO), a jego losy skrywają tajemnice kradzieży w amerykańskich portach, transportu egzotycznych zwierząt z Afryki, a nawet… przetransportowania Kopernika.
Narodziny „jeziorowca” ze Szczecina
Wszystko zaczęło się w 1967 roku w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego. Trwały tam wówczas zaawansowane prace nad prototypową serią nowoczesnych drobnicowców typu B446. Ich przeznaczenie było wyjątkowe: miały to być tzw. „jeziorowce”, czyli statki zdolne do pokonywania wąskich śluz na rzece Świętego Wawrzyńca, by docierać do Wielkich Jezior Amerykańskich.
Wymagało to unikalnej konstrukcji – statki te były wyjątkowo długie i wąskie (stosunek długości do szerokości wynosił około 1 do 10). M/S „Zawiercie” miał dokładnie 135 metrów długości, blisko 7 metrów zanurzenia oraz ładowność 5580 ton. Wyposażony w chłodzoną ładownię, wzmocnienia przeciwlodowe oraz potężny silnik Diesla produkcji Zakładów Cegielskiego o mocy 7200 koni mechanicznych, potrafił rozpędzić się do 17 węzłów.
Nasze „Zawiercie” było piątym statkiem z tej elitarnej serii (obok takich jednostek jak m.in. „Zakopane”, „Zamość”, „Zabrze” czy „Zambrów”). Stępkę pod niego położono w 1969 roku, a już 26 stycznia 1970 roku na statku uroczyście podniesiono polską banderę.
Zawierciańska delegacja w porcie i regionalny folklor w kajutach
To był wielki dzień dla naszego miasta. Przy Nabrzeżu Pomorskim w porcie gdyńskim pojawiła się oficjalna, 9-osobowa delegacja z Zawiercia. Na jej czele stali najważniejsi wówczas obywatele miasta: przewodniczący prezydium Miejskiej Rady Narodowej Bolesław Szarek oraz pierwszy sekretarz KP PZPR Waldemar Półtorak. Miasto Zawiercie oficjalnie roztoczyło patronat nad statkiem.

Co ciekawe, staraniem lokalnych patronów, wnętrza motorowca otrzymały unikalny wystrój związany tematycznie z ziemią zawierciańską oraz tutejszym folklorem. Marynarze z odległych zakątków Polski, jedząc posiłki czy odpoczywając pod okiem pierwszego kapitana Zdzisława Pawlaka i starszego mechanika Bogusława Szymańskiego, na każdym kroku stykali się z akcentami przypominającymi o naszym mieście.
Już trzy dni po uroczystości statek wyruszył w swój dziewiczy rejs do Nowego Orleanu, Houston i Galveston w Zatoce Meksykańskiej. Prasa w Bremie (niemiecki dziennik „Western Courier”) zachwycała się nowoczesnością polskiej jednostki. Choć powrót przez Atlantyk przyniósł ciężki sztorm i 18-godzinną, dramatyczną awarię silnika głównego na wysokości wysp Bahama (którą załoga pod wodzą mechaników Szymańskiego i Eugeniusza Urbaniaka bohatersko usunęła), statek szczęśliwie powrócił do kraju 28 marchia 1970 roku.
Od arabskich koni po… pomnik Kopernika dla Chicago
M/S „Zawiercie” błyskawicznie stał się „gwiazdą” linii północnoamerykańskiej, otwierając w 1971 roku stałe połączenie między Gdynią a Detroit i Chicago. Zyskał renomę statku do zadań specjalnych. W lipcu 1970 roku na jego pokład załadowano niezwykle cenny i żywy ładunek – 11 elitarnych koni arabskich, zakupionych przez obywateli USA na słynnej aukcji w Janowie Podlaskim.
Jeszcze głośniej o statku zrobiło się w lipcu 1973 roku. Wtedy to na M/S „Zawiercie” (pod dowództwem kpt. Alfreda Chudeckiego) załadowano ważącą wraz z granitowym cokołem 45 ton replikę warszawskiego pomnika Mikołaja Kopernika. Pomnik ten, odlany z brązu, miał stanąć przed Planetarium Adlera w Chicago. 27 sierpnia 1973 roku w chicagowskim porcie wyładunek skrzyni z „naszego” statku śledziły amerykańskie kamery telewizyjne i dziesiątki reporterów. Wieczorem na pokładzie odbył się huczny koktajl kapitański dla Polonii, na którym dyrektor planetarium Joseph Chamberley dziękował polskiej załodze za bezpieczny transport narodowej relikwii.
Kradzieże, piraci portowi i most cytrusowy
Życie na M/S „Zawiercie” nie zawsze było jednak usłane różami. Praca na jeziorowcach wiązała się z ogromnym stresem. Podczas pierwszych rejsów do USA, w amerykańskich portach dochodziło do zuchwałych kradzieży ładunku, dokonywanych prawdopodobnie przez zorganizowane grupy tamtejszych dokerów (tzw. „kuny portowe”). Doszło do tego, że amerykańskie władze portowe wydały czasowy zakaz odwiedzin na polskich statkach! Z kolei w 1974 roku statek został uwięziony na 7 dni w kanale Welland przez strajk pilotów żądających podwyżek płac.
Gdy z powodu problemów handlowych zamykały się szlaki amerykańskie, M/S „Zawiercie” kierowano na inne wody. I tak w 1975 roku statek niespodziewanie trafił na Morze Śródziemne (tzw. linie lewantyńskie), zaopatrując kraje arabskie i Turcję. Rok później, w listopadzie 1976 roku, to właśnie motorowiec „Zawiercie” zapisał się w historii jako jednostka, która zainaugurowała wielki „most cytrusowy” – przewożąc setki ton pomarańczy i mandarynek z Teksasu (port Brownsville) do Europy Zachodniej, co w czasach PRL-u było logistycznym i handlowym majstersztykiem.
W latach 80. statek pływał w najdalsze zakątki globu – m.in. do Wenezueli i Kolumbii. W 1984 roku głośnym echem w kraju odbił się rejs z Namibii w Afryce Zachodniej. Na pokładzie „Zawiercia” płynął do Szczecina żywy inwentarz dla ogrodów zoologicznych: 7 zebr i 34 antylopy. Co ciekawe, w trakcie rejsu jedna z antylop się ocieliła, więc statek dotarł do portu w powiększonym składzie!
Przyjaźń z „Dziewiątką” i robotnicami z „Bawełny”
Najpiękniejszym elementem tej historii był jednak żywy, ludzki kontakt załogi z mieszkańcami Zawiercia. Przez lata bardzo ożywioną korespondencję z marynarzami prowadziły dzieci i harcerze ze Szkoły Podstawowej nr 9 w Zawierciu. Na statku powstał specjalny kącik wiedzy o Zawierciu i pracy tutejszego hufca, z kolei w SP 9 uczniowie stworzyli kącik wiedzy morskiej. Delegacje harcerzy jeździły do Gdyni zwiedzać statek, a marynarze regularnie odwiedzali Zawiercie – m.in. z okazji rocznic wyzwolenia miasta.
Kapitan Zdzisław Pawlak w jednym z wywiadów podkreślał: „Świadomość, że ktoś się nami interesuje poza domem i armatorem, mobilizująco wpływa na naszą postawę”.
W kwietniu 1977 roku oficjalny patronat nad statkiem przejęły Zawierciańskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego oraz Przędzalnia „Przyjaźń”. Do Gdyni udała się wówczas delegacja, w której robotnice Teresę Męcik (reprezentującą ZZPB) oraz Zofię Kędziorę (reprezentującą „Przyjaźń”) wspierał przedstawiciel Urzędu Miejskiego, Kazimierz Błasikiewicz. Zawierciańskie włókniarki i marynarze zacieśnili więzi, które owocowały spotkaniami w trakcie organizowanych w naszym mieście Dni Morza.
Smutny koniec morskiej legendy
Niestety, czas i trudna sytuacja gospodarcza kraju w latach 80. odcisnęły swoje piętno na zasłużonym drobnicowcu. Starszy mechanik Henryk Krusek już pod koniec lat 70. alarmował o problemach z remontami w Gdańskiej Stoczni Remontowej, niedokładności prac, braku części zamiennych do silnika Cegielskiego (które trzeba było „szabrować” i regenerować z innych statków) czy schodzącej z kadłuba farbie. Mimo to załoga „Zawiercia” stale wygrywała morskie współzawodnictwa, słynęła z doskonałej kuchni prowadzonej przez ochmistrzynię Stanisławę Kminowską oraz wielkich turniejów sportowych na pokładzie ( przeciąganie liny, strzelanie z wiatrówki, obieranie ziemniaków na czas), które pozwalały zwalczyć oceaniczną nostalgię.
Początek lat 90. przyniósł brutalny koniec morskiej historii naszego miasta. Transformacja ustrojowa, upadek tradycyjnego przemysłu i kryzys w Polskich Liniach Oceanicznych zmusiły armatora do wyprzedaży floty. W marcu 1993 roku podjęto ostateczną decyzję o pozbyciu się 16 statków. Wśród nich, skazane na sprzedaż za bezcen, znalazło się M/S „Zawiercie”.

Dumna jednostka, która przez 23 lata nosiła imię naszego miasta po całym świecie, odbyła swój ostatni rejs do Indii. Tam, w niesławnym porcie złomowym Alang, potężny motorowiec został wyrzucony na plażę, a następnie dosłownie rozcięty i rozszarpany na kawałki przez tamtejszych robotników.
Choć fizycznie M/S „Zawiercie” przestał istnieć, jego fascynująca historia na zawsze pozostanie unikalnym, pełnym dumy rozdziałem w kronikach naszego miasta – dowodem na to, że Zawiercie miało kiedyś swój własny, realny kawałek oceanu.
Autor: Radosław Famulski
Czołowy regionalista, twórca i prowadzący kanał „Ciekawa Przeszłość” na YouTube oraz Facebooku. Jeśli chcesz zobaczyć unikalne, archiwalne nagrania, zdjęcia i dokumenty przedstawiające niesamowitą historię M/S „Zawiercie” oraz dawne oblicze naszego miasta – odwiedź profile „Ciekawa Przeszłość” w mediach społecznościowych!



